the dark side: | fanart | fanfiction | characters | fa doodle 

                                         the bright side:  | fanart | characters

                                                                   website: | news | archives | about | guest book | links

 

Jeśli masz pomysł na Fan Art, jakieś sugestie, pytanie, albo jeśli chcesz po prostu wyrazić swoją opinię na temat stronki - wyślij e-owl!

Lub napisz na GG - 3866095.  


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

created and owned by matilda snape aka anks 2002-2005

 

{ Recka filmu HP & the Sorcerer's Stone }

MatildaSnape

 

O tym filmie mówiło się już dawno temu. Na początku wydawało mi się to zwyczajną plotką - ekranizacja najpopularniejszej po Biblii książki wydawała mi się co najmniej samobójstwem. Niezadowolone dzieci potrafią być okrutne, a zwłaszcza takie, którym wciska się coś sprawiające fałszywe wrażenie, że jest tym, co sobie wymarzyły. Niestety, film Chrisa Columbusa dla mnie jest właśnie taką podróbką. Myślałam sobie, że kto, jak kto, ale Amerykanie i Anglicy zrobią film inteligentny i nowatorski, a przy tym rzetelny i dla widzów w każdym wieku. Nie da się ukryć, że jest inaczej.

Wybitny Mugol, pan scenarzysta Steve Kloves, stwierdził, że ci, którzy zechcą obejrzeć film, na pewno przeczytali powieść J.K. Rowling i w swoim scenariuszu umieścił tak wiele skrótów myślowych, że niekiedy miałam spore wątpliwości, czy ów pozamagiczny gość naprawdę czytał książkę, czy tylko ją przewertował. Najlepszym tego przykładem jest pierwsza scena, czyli rozmowa prof. Dumbledore z prof. McGonagall na Privet Drive. Dowiadujemy się z niej, że pewien Harry Potter z jakiegoś powodu zostanie zaraz dostarczony do swoich mugolskich krewnych. Oprócz tego rodzaju scen z wybiórczymi faktami jest też wiele innych, kompletnie niezgodnych z książką. Niektóre zostały zmienione, pozamieniane z innymi lub całkowicie wycięte i to z marnym skutkiem, bo całość, zwłaszcza na początku, wydaje się niespójna - m.in. w wielu momentach akcja gwałtownie się rozwija, ale nie ma żadnego rozładowania napięcia. A wszystko po to, żeby film się nie przedłużał. Mnie jakoś po obejrzeniu (czyt. przespaniu) trzygodzinnego "Quo vadis", czterogodzinny "Harry Potter", którego lubię, wcale by nie przerażał.

Nie znaczy to jednak, że cały film jest aż tak okropny. Podobnie, jak w przypadku "Wiedźmina" (chyba kiepski przykład J), "Harry Potter i kamień filozoficzny" w wersji kinowej z tymi brakami stanowi swoisty zwiastun, mam nadzieję, lepszego serialu telewizyjnego - i chyba coś w tym jest, bo z tego, co wiem, to takowy ma się niedługo pojawić.

Mieszane uczucia wywołał u mnie fakt, że filmowcy zasięgali rady, co do wyglądu postaci, u dzieci. Z jednej strony to dobrze, bo zawsze warto pytać u źródeł, ale z drugiej, właśnie z tego powodu ta część Pottera jest przeznaczona właściwie tylko dla dzieci. Charaktery postaci, ich zachowanie (np. Dursleyowie) i wygląd (np. Ślizgoni) zostały tak wyolbrzymione i uproszczone, żeby każde dziecko wiedziało, kto jest zły, a kto dobry.

Aktorzy, w większości zdobywcy Oscarów lub innych nagród, zdają się być gwarancją (przynajmniej częściową) sukcesu filmu - Alan Rickman, Richard Harris, Maggie Smith i inni. Co prawda lista aktorów-kandydatów została opracowana przez twórców filmu, ale wszystko musiała zatwierdzić Joanne K. Rowling. I bardzo dobrze. Kto wie, co by wymyśliły te Mugole z Warner Brosa... Na szczęście, jest kilka postaci, które niemal doskonale odzwierciedlają bohaterów z książki. Na przykład pani Hooch od nauki latania jest całkowicie zgodna z moim wyobrażeniem. Doskonale rolę cudownie przeraźliwego Snape'a, nauczyciela eliksirów zagrał Alan Rickman. Mógłby być jednak chudszy i młodszy, bo trzydziestolatka raczej nie przypomina. Włosów za tłustych też nie ma...:-) Podobnie rzecz ma się z Richardem Harrisem. Jego Dumbledore jest rzężący jak astmatyk i wygląda, jakby miał za wysoki poziom cholesterolu. Za każdym razem, kiedy się pojawiał, miałam komiczne wrażenie, że zaraz padnie trupem rażony nagłą zapaścią. Profesor Quirrell, czyli Ian Hart, jest bardzo prawdziwy do ostatnich scen filmu. Niestety, właśnie na końcu cały czar pryska. Hart zaczyna latać, wrzeszczeć i zmieniać się w kamień, który się rozsypuje, przywołując na myśl niejakiego Voslo w "Mumia powraca". Quirrell ma jednak to szczęście, że przynajmniej jego krzyki z wersji z napisami zostają załagodzone w polskim dubbingu. (Udało mi się zobaczyć obie wersje, więc mam porównanie). Bardzo rozczarowało mnie "odbicie w lustrze" rodziców Harry'ego Pottera - oboje byli za starzy, bo na 20 lat raczej nie wyglądali, a ojciec Harry'ego, James, nie dość, że w ogóle nie podobny do syna, to jeszcze przypomina księdza. Obojętność wywołał we mnie natomiast wybór aktorów dziecięcych do ról Harry'ego Pottera i jego przyjaciół - Daniel Radcliffe jako Harry był za słodki, ale podobał mi się Draco Malfoy, czyli Tom Felton (zwłaszcza na miotle) i Hermiona Granger (Emma Watson). Mimo dużego podobieństwa odtwórców głównych ról do moich wyobrażeń, wspaniałą grą raczej mnie nie zachwycili, ale czego mogłam się spodziewać po tzw. "naturszczykach"?

Najbardziej obawiałam się o jakość efektów specjalnych. Dziś mogę je ocenić, podobnie jak film na "czwórkę z plusem". Niezbyt mnie zachwycił troll w łazience i centaur w Zakazanym Lesie. Za to Quidditch, czyli gra na miotłach była fantastyczna. Po obejrzeniu różnych zwiastunów miałam wrażenie, że gra będzie trwała minutę, albo dwie, więc mile mnie zaskoczyła możliwość oglądania całkiem nieźle wyreżyserowanych efektów przez prawie dziesięć minut.

Muszę też wyrazić moje zadowolenie z polskiego tłumaczenia, jako że w oryginale dialogi nie były zbyt przekonujące, za to w polskich napisach i dubbingu nabrały one inteligentniejszego i śmieszniejszego znaczenia, co się bardzo rzadko zdarza.

"Harry Potter i kamień filozoficzny" przyznaję, podobał mi się, mimo tych wszystkich niedociągnięć. W pewnym sensie oznacza to, że łatwo mnie zadowolić. Generalnie nie przepadam za twórczością komercyjną, spłyconą treściowo dla zysku, ale jestem już nałogową potteromaniaczką i nie mam na to specjalnego wpływu - jeśli pojawi się coś dotyczącego Pottera, co na pierwszy rzut oka nie wydaje się tandetą, to z reguły chcę to zobaczyć lub mieć na własność. Nie znaczy to jednak, że moja mania całkowicie zaćmiła mi umysł. Po raz kolejny przekonałam się, że jeśli chodzi o pieniądze, to Mugole są zdolni do wszystkiego, aby zdobyć prawa do ekranizacji dwóch bestsellerów z góry skazanych na sukces kasowy. Każdy chciałby się ogrzać w cieniu sławy Pottera, interpretując go tak, aby sprzedał się w jak największej ilości biletów, zabawek, maskotek itd. Trochę się całą sprawą rozczarowałam i doszłam do wniosku, że oczekiwanie na film było ciekawsze niż same jego obejrzenie. Stwierdziłam też, że książka jest zdecydowanie lepsza od filmu, głównie dlatego, że książka była pierwsza i przez to narzuca pewną kolejność i treść wydarzeń. Pod tym względem, film jest, delikatnie mówiąc, pokręcony. To są głównie szczegóły, ale na pewno większość potterofanów jest na tyle pedantyczna, żeby im to przeszkadzało. Jednak dla mnie zasadniczym pytaniem jest, po co w ogóle ekranizować powieści? Zwłaszcza Takie. Kilka miesięcy temu mówiło się, że Harry Potter Joanne K. Rowling dokonał cudu odciągając dzieciaki od telewizorów i komputerów. Czy został stworzony tylko po to, żeby potem znowu je do nich przywołać?

 

***

A/N: Ten text ma już ponad rok. Ale, kurczę, nadal się z nim zgadzam.